czwartek, 1 września 2016

Special Chapter 17.

- Jason, proszę jedz - powiedziałam, trzymając łyżeczkę z kaszką przed twarzą chłopca. Od rana czułam się, jakbym była martwa, Nie oszukuję. Wstałam z łóżka, umyłam się i ubrałam niemalże automatycznie. Nie myślałam o niczym. Nie byłam w stanie. Za bardzo bolało.
- Jason, do cholery! - krzyknęłam, kiedy mały ponownie odwrócił głowę i przewrócił dłonią miseczkę, sprawiając, że jej zawartość wylała się na podłogę. Chłopiec momentalnie rozpłakał się na dźwięk mojego krzyku. Podniosłam się i złapałam się za głowę, czując jak nerwy mnie rozrywają. Nie radziłam sobie z życiem i z samą sobą. Stałam oparta o blat, próbując się uspokoić. Miałam ochotę płakać. Wyć z bólu.
- Przepraszam - powiedziałam po chwili i wyjęłam z siedzonka zapłakanego synka. - Przepraszam cię kochanie, tak bardzo przepraszam - dodałam i przytuliłam go mocno do siebie.
Jak mogłam wyżywać się na nim? Jak mogłam odreagowywać na nim moje nerwy? On nie mógł cierpieć przez moją nieporadność.
- No już, cichutko. Mama nie chciała nakrzyczeć.
Kołysałam chłopca w ramionach. Zadzwonił mój telefon. Spojrzałam niechętnie na jego wyświetlacz.
Melanie.
Odebrałam połączenie i przyłożyłam komórkę do ucha.
- Hej - powiedziałam cicho, starając się brzmieć jak najlepiej. Nie chciałam, by wiedziała jak źle jest.
- Cześć kochanie. Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? Może wpadnę do ciebie? - powiedziała jednym tchem.
Była kochana, jednak spotkania z kimkolwiek były teraz ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę.
- Nie czuję się najgorzej - odparłam krótko, nie wiedząc jak inaczej i niezbyt dramatycznie mogę skomentować to, co czuję. - Dziękuję ci bardzo za telefon. Wiesz, wydaje mi się, że mogłabyś mi pomóc - dodałam, uświadamiając sobie jak bardzo potrzebuję wyjść samotnie z domu.
*
Z całego serca podziękowałam Melanie, że zgodziła się posiedzieć z Jasonem, pożegnałam się z nimi i wyszłam z domu. Podmuch ciepłego powietrza uderzył w moją twarz. Czułam się, jakbym nie wychodziła z domu od lat. Ostatnim razem byłam na pogrzebie.
Wsiadłam do samochodu, wkładając kluczyk do stacyjki i przekręcając go. W momencie, kiedy odpaliłam silnik i podniosłam wzrok, kierując go na przednią szybę, omal nie podskoczyłam na fotelu.
Justin stał dokładnie na wprost przed maską. Przez moment wydawało mi się nawet, że to tylko moja wyobraźnia. Serce zabiło mi mocniej. W pierwszym odruchu miałam ochotę wybiec i mocno wtulić się w jego klatkę piersiową. Jednak już po dwóch sekundach przypomniałam sobie o tym, jak perfidnie mnie okłamał.
Otworzyłam drzwi i wyszłam z samochodu.
- Odejdź. Nie widzisz, że chcę odjechać? - powiedziałam oschle, nawet nie patrząc mu w oczy.
- Mogę zobaczyć się z Jasonem? Gdzie on jest? - spytał jakby bez emocji.
- Nie, nie możesz - odparłam krótko. - Mój syn nie będzie spędzał czasu z ćpunem - dodałam pogardliwie.
- Chanel. - Złapał mnie za rękę. - Przysięgam, że udowodnię ci, że jestem niewinny. Nie wiem skąd te prochy, ale naprawdę nie były moje. Nie kłamałem. Jestem czysty od ponad pół roku. Nie tknąłem tego gówna.
- A prochy znalazły się w twoich spodniach przez przypadek, co? Przyniósł je święty Mikołaj? - zadrwiłam. - Słuchaj, nie mam czasu na tą bezsensowną rozmowę z tobą. Spieszę się. Nie chcę cię więcej oglądać. Ani ja, ani Jason. Nie dopuszczę cię do niego tak długo, póki ćpasz. A wydaje mi się, że nie masz zamiaru z tym skończyć - mówiłam, udając obojętną, choć w środku pękało mi serce.
- Już wiem. - Chłopak szepnął pod nosem, czym kompletnie zbił mnie z tropu.
- Co? - odwarknęłam.
- Już wiem, jestem tego pewien. Udowodnię ci, że jestem niewinny - powiedział jakby z ekscytacją, po czym szybkim krokiem odszedł. Przysięgam, że nie ruszyłam się z miejsca przez dobrych kilka sekund. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi i co wymyślił tym razem. Potrząsnęłam głową i odwróciłam się na pięcie, wchodząc do samochodu.
*
- Mamo, tato, proszę was, pomóżcie mi, co mam robić? - spytałam, odgarniając z dużego nagrobka piach i kurz. Przetarłam go, po czym położyłam na nim duży bukiet kwiatów. Usiadłam na ławce obok, wpatrując się w zdjęcia rodziców.
Wyobraziłam sobie, że siedzę razem z nimi w salonie i rozmawiamy. W tle gra telewizor z ulubionym kanałem muzycznym mamy, na stole leżą pieczone przez nią ciastka, a tata jak zwykle przegląda gazetę.
Łza spłynęła mi po policzku, a jednocześnie kąciki ust lekko uniosły się ku górze, kiedy to wszystko sobie wyobraziłam.
- Dlaczego mnie okłamał? Dlaczego dał mi złudną nadzieję, że się zmienił, że wszystko może być już dobrze? - mówiłam pod nosem. - Ja naprawdę mu uwierzyłam - dodałam i spuściłam głowę, pociągając nosem.
Nie miałam już sil. Został mi tylko Jason. Już tylko dla niego żyłam. Gdyby nie on, nie wiem co by teraz ze mną było. Nie wiem czy wciąż bym żyła.
- Tak bardzo za wami tęsknię - szepnęłam i wybuchłam płaczem, chowając twarz w dłoniach.
*
Wracając z cmentarza, wstąpiłam do sklepu. Nie miałam ochoty na nic, jednak musiałam zrobić zakupy dla Jasona. Jemu nie mogło zabraknąć niczego. Wrzuciłam do koszyka wszystkie potrzebne rzeczy, zapłaciłam przy kasie, po czym wyszłam. Pakowałam zakupy do samochodu, kiedy usłyszałam jak ktoś woła moje imię.
Odwróciłam się, widząc znajomą twarz. Przeszłość mocno we mnie uderzyła.
Kevin.
Jeden z kolegów Justina, którego miałam okazję poznać. Nie podobało mi się to spotkanie. Przypomniało mi o czasach, o których chciałam zapomnieć.
- Cześć Chanel. - Chłopak podszedł i uśmiechnął się. Zmusiłam się do odwzajemnienia tego gestu, choć kompletnie nie miałam na to ochoty.
- Hej - odpowiedziałam niepewnie.
- Kurczę, nie widziałem cię szmat czasu, co za spotkanie. Co robisz w Chicago? - spytał wciąż się uśmiechając.
- Mieszkam - odpowiedziałam, cały czas utrzymując na ustach ten wymuszony uśmiech. - Raczej co ty tu robisz.
- Cele służbowe - odparł, a ja nie miałam ochoty wnikać jakie cele to były. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że chłopak szybko dostrzeże mój brak chęci na rozmowę i da mi spokój.
- Aha, fajnie - mruknęłam.
W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że to spotkanie mogło przynieść mi jakieś korzyści. Możliwe, że mogłam się czegoś dowiedzieć. Musiałam zaryzykować i spytać.
- Słuchaj Kevin - zaczęłam niepewnie. - Mam takie pytanie. Dosyć dziwne w sumie - motałam się. - Masz może kontakt z Justinem bądź miałeś w ostatnim czasie?
Brunet spojrzał na mnie, unosząc jedną brew do góry.
- Czemu pytasz?
- Odpowiedz, proszę.
- Ostatnimi czasy nie. Właściwie odkąd jestem tutaj, to z nim nie rozmawiałem. Ostatni raz widziałem się z nim jakieś kilka miesięcy temu.
- Spytam wprost - powiedziałam, uświadamiając sobie, że tylko w ten sposób dowiem się interesujących mnie informacji. - Czy wiesz coś może na temat odwyku Justina?
W tym momencie chłopak zrobił kompletnie zdziwioną minę. To nie był dobry znak.
- Rozmawiałam z nim ostatnio i zarzekał się, że jest po półrocznym odwyku. Wiesz coś może na ten temat?
- Słucham? Tak ci powiedział? - Chłopak pokręcił głową i parsknął. - Słuchaj Chanel. Cholernie przykro jest mi ci to mówić, ale ostatnie pół roku Justin spędził w Chicago. Dobrze się bawiąc.
Czułam jak grunt osuwa mi się spod stóp. Serce miało zaraz pęknąć.
- Chyba powinnaś znać prawdę. Chanel, nie. On nie był na żadnym odwyku. Ćpał i imprezował na moich oczach. Wiem co mówię.
Nie wierzyłam w to co słyszę. Mój Boże, tak bardzo chciałam usłyszeć coś zupełnie innego. Tak bardzo liczyłam na to, że to wszystko okaże się jednym, wielkim nieporozumieniem.
Ale nie. To była prawda. On był wciąż paskudnym kłamcą.
- Jesteś tego pewien? - spytałam, sama nie wiedząc po co.
- Niestety tak. Przykro mi.
Z całych sił starałam się nie rozpłakać.
- Dziękuję. Dziękuję, że byłeś ze mną szczery - powiedziałam i zamknęłam wcześniej otwarty przeze mnie bagażnik. - Muszę już lecieć. Jeszcze raz dzięki i pa - dodałam, nie czekając nawet na żadną reakcję z jego strony. Wsiadłam do samochodu i jak najszybciej odjechałam, czując jak fala łez lata moment zaleje moje oczy.
*
Leżałam z Jasonem w salonie. Chłopiec oglądał z fascynacją bajki, a ja patrzyłam w sufit, rozmyślając nad swoim życiem.

Chanel Marie Swift, najpiękniejsza i najcudowniejsza kobieto na świecie, zechcesz za mnie wyjść?

Już nigdy cię nie skrzywdzę, obiecuję.

Obiecaj mi, że pomimo tego, jak bardzo mnie nienawidzisz, nigdy ode mnie nie odejdziesz. Nigdy nie zostawisz mnie samego.

Katowałam sama siebie wspomnieniami. Jak głupia byłam. Czułam się niczym masochistka. Przypominają sobie każdą, spędzoną z nim chwilę, miałam wrażenie, że wbijam grube igły w swoją klatkę piersiową. A mimo wszystko wciąż to robiłam.
Jak naiwnie zabrzmi, jeśli powiem, że naprawdę przez moment pomyślałam o powrocie do Justina? Zaczęłam wierzyć, że jest innym człowiekiem i razem możemy zacząć zupełnie nowe życie. To wszytko zostało jednak brutalnie zniszczone. Zdeptane i rozgniecione. Rozejrzałam się po domu, uświadamiając sobie, że wszystko tutaj przypomina mi przeszłość. Nie potrafiłam podnieść się i iść dalej, jeśli wciąż wyłam z bólu na myśl o Justinie i śmierci rodziców.
Potrzebowałam czegoś nowego. Kroku do przodu. A raczej dużego skoku.
Wstałam z łóżka, czując, że muszę coś zrobić. Teraz. Już dziś, nie czekając na nic.
Wyjęłam z szafy dużą torbę i tak po prostu zaczęłam ją pakować. Najpotrzebniejsze rzeczy moje i Jasona po kolei lądowały w torbie.
Chłopiec przyglądał się moim poczynaniom.
- Wynosimy się stąd, kochanie. Chociaż na jakiś czas. Zaczniemy wszystko na nowo. Sami. Poradzimy sobie - powiedziałam do synka, nie przestając się pakować.
Gdzie chciałam jechać? Nie miałam pojęcia. Chciałem zatrzymać się w jakimś hotelu w zupełnie innym mieście, a później rozejrzeć się za małym mieszkaniem do wynajęcia.
W pewnym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
Jay? Melanie?
Położyłam torbę na łóżku tak, aby odgrodziła Jasona od końca łóżka, by nie spadł, po czym sama poszłam otworzyć. Nacisnęłam na klamkę i pożałowałam tego po sekundzie.
Nie. Nie nie nie. Nie on.
- Proszę, dziesięć minut. Błagam cię o rozmowę i chwilę z Jasonem - powiedział na wstępie.
- Zapomnij. Powiedziałam już coś na ten temat. Zniknij w końcu do cholery - Chciałam zamknąć drzwi, jednak chłopak je przytrzymał.
- Nie zniknę - odparł i tak po prostu wszedł do domu, wiedząc, że jest silniejszy i nie jestem w stanie go powstrzymać.
- Wynoś się, bo zadzwonię na policję! - krzyknęłam.
- To Jay - powiedział, ignorując moje wcześniejsze słowa. - Jestem tego pewien. To Jay podrzucił mi prochy. Był tutaj przede mną, kiedy ty spałaś. Mógł zrobić wszystko, rozumiesz?
Patrzył mi prosto w oczy, brzmiąc śmiertelnie poważnie.
- Żartujesz sobie, tak? - parsknęłam śmiechem. - Jak nisko jeszcze upadniesz? Naprawdę, nie udało ci się wymyślić czegoś bardziej sensownego? - spytałam drwiąco.
- Daj mi czas, a udowodnię ci, że to ten skurwiel próbuje mnie wrobić.
- Jesteś komiczny - powiedziałam i przeszłam do salonu, ignorując go. Chciałam go wyrzucić, jednak nie mogłam na ta długo, zostawiać Jasona samego w pokoju.
- Mamusia wróciła. - Uśmiechnęłam się do chłopca i ucałowałam go w główkę, po czym podniosłam spakowaną torbę z łóżka.
- Co to? - Justin stanął tuż za mną. Odwróciłam się w jego stronę, widząc, że spogląda na torbę w mojej dłoni.
- Wyjeżdżamy z Jasonem. Ale to już nie twój interes - odparłam bez emocji. Szatyn podszedł do mnie, zmniejszając odległość między nami do minimum.
- Nie pozwolę ci po raz kolejny odejść z mojego życia, rozumiesz? Nie teraz. Nie kiedy cię odnalazłem, nie kiedy mamy Jasona - powiedział i wyrwał brutalnie torbę z moich rąk i wyrzucił ją na podłogę.
- Nie oczekują twojego pozwolenia - wycedziłam i odwróciłam się na pięcie. Justin złapał mnie za nadgarstek i mocno pociągnął w swoim kierunku. - Nie pozwolę - dodał śmiertelnie poważnie, patrząc mi prosto w oczy.
Dreszcze przeszły po moim ciele. Poczułam się w jednej sekundzie jak za dawnych czasów. Jak za paskudnych czasów. Jak wtedy, kiedy wiedziałam, że za chwilę rozpęta się piekło.
- Bo co? - powiedziałam i przełknęłam nagromadzoną w buzi ślinę.  - Puszczaj - dodałam i wyrwałam swój nadgarstek z jego objęć. - Wyjadę i już nigdy więcej nas nie zobaczysz.
- Nigdzie nie wyjedziesz! - podniósł głos i potrząsnął moimi ramionami, boleśnie wbijając w nie palce.
Momentalnie w pokoju rozległ się głośny płacz Jasona. Justin od razu mnie puścił. Podbiegłam do chłopca i wzięłam go w objęcia, uspokajając.
- Przepraszam. - Potrząsnął głową. - Przepraszam, cholera przepraszam - dodał i podszedł do mnie.
- Nie zbliżaj się - warknęłam na niego, a on posłusznie zrobił krok w tył.
- Widziałam się dziś z jednym z twoim kolegów. Powiedział, że przez ostatnie pół roku dobrze się bawiłeś. On też próbuje cię wrobić? - spytałam ironicznie ze spokojem.
Justin dosłownie zamarł.
- Zatkało? - spytałam i pocałowałam synka w główkę, chcąc go uspokoić.
- Słucham? Kto to był? Kto nagadał ci takich bzdur?
- Kevin - odparłam, nie czując potrzeby ukrywania tego.
Justin przez chwilę po prostu na mnie patrzył. Po chwili podszedł do nas i delikatnie pocałował synka w czoło.
- Bardzo cię kocham, synku. Wrócę tutaj, obiecuję - szepnął i szybkim krokiem wyszedł z salonu. Usłyszałam trzask drzwi.
Po prostu wyszedł. Tego właśnie chciałam, prawda?
Serce wciąż waliło mi jak młotem. Moja psychika była już u skraju wytrzymałości. Posadziłam Jasona na łóżku, kiedy tylko był już całkiem spokojny.
- Boże, co to był za głupi pomysł, idiotko - parsknęłam sama do siebie i otworzyłam torbę, wyrzucając z niej ubrania. Na co ja liczyłam? Co sobie przez tę chwilę wyobrażałam? Gdzie chciałam wyjechać i jak chciałam dać sobie radę?
Złapałam do ręki telefon i wybrałam numer.
- Proszę cię, przyjedź do mnie - wyrzuciłam z siebie, kiedy Jay tylko odebrał telefon.

__________________________

Obiecuję, że następny rozdział będzie ciekawszy! Życzę Wam miłego powrotu do szkoły i jak najlepszych ocen. Dacie radę!


13 komentarzy:

  1. Jejuu cudo <3 czekałam na ten rozdział :D <3 i czekam na next !

    OdpowiedzUsuń
  2. Znów Jay... jak ja go nienawidzę, pewnie to on podrzucił i zapłacił Kevinowi za kłamstwa, bo wie, że wtedy ona do niego wróci...

    OdpowiedzUsuń
  3. Omg wiem, że to Jay jest skurwysynem, że Kevin kłamał, ale dalej jest niepewność, że Chanel mu nie uwierzy i będzie z Jayem aka skurwysynem :/ Tak wiem dużo tego " że " 😂. A tak w ogóle świetny rozdział i mam nadzieję, że niedługo będzie rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja nienawidzę tego jak Chanel traktuje Jaya, ten ją kocha, zrobiłby dla niej wszystko, a ona w frendzonie go trzyma, no, albo z nim jesteś laska, albo nie, krótka piłka

    OdpowiedzUsuń
  5. Oby Chanel uwierzyła Justinowi

    OdpowiedzUsuń
  6. jesli ona wybierze tego kurwiszona jaya to ja sie poddaje

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja chcę Justina tu i teraz! :D

    OdpowiedzUsuń
  8. jak mnie wkurwia ten Jay :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mogę się doczekać następnego ;333

    OdpowiedzUsuń
  10. Ojojo to się porobilo, sama nie wiem co o tym myśleć no bo Jay mógł podrzucić prochy ale Kevin? Justin może zrobić narkotest i już :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetny rozdział. Tyle emocji i jeśli następny ma być jeszcze lepszy to po prostu ADHHSSGGDX 🙌💕😍

    OdpowiedzUsuń