piątek, 5 stycznia 2018

Epilogue

Stałam przed lustrem, delikatnie bawiąc się palcami i wpatrując się w swoje odbicie. Ugniatałam swoje palce i rozciągałam je, chcąc zredukować stres, który mi towarzyszył. Oblizałam spierzchnięte wargi. Przesunęłam opuszkami palców po jedwabnym materiale sukienki, którą miałam na sobie. Wzięłam głęboki oddech i przymknęłam powieki. Teraz wszystko będzie dobrze.
Czuję się jak w śnie, który za moment ma się skończyć. Jak to uczucie, kiedy zdajecie sobie sprawę, że coś jest tylko pięknym snem i tak bardzo boicie się momentu przebudzenia.
Obejmuje mnie od tyłu, łapie moje dłonie w swoje własne, splatając nasze palce. - Wciąż nie wierzę, że się zgodziłaś - szepcze mi do ucha. - Tak mocno cię kocham. 
Otwieram oczy. Znów patrzę na swoje odbicie. Ach, więc to tak czują się przyszłe panny młode. Delikatnie się uśmiecham. Biała suknia sięgająca do ziemi i ciągnąca się za mną, lśni w świetle promieni słonecznych, wpadających do pomieszczenia, jeszcze piękniej. Włosy upięte luźno w koka, kosmyki ciemnych loków opadające na nagie ramiona. Biały welon sięgający łopatek. Naszyjnik leżący na moim dekolcie dopełniał to, jak pięknie wyglądałam. Cholera, czy to naprawdę byłam ja? Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Kwiaty rozmieszczone niemalże w każdym kącie pokoju wyglądały i pachniały cudownie. Mój Boże, czy to naprawdę już ten dzień? Dzień, w którym miałam zostać...żoną? Żoną mężczyzny, o którym marzyłam odkąd tylko go poznałam. Mężczyzny, który pokazał mi co to znaczy pokochać kogoś całym sercem. Mężczyzny, który sprawił, że z nieśmiałej szesnastoletniej dziewczynki stałam się kobietą i matką. I żoną.
- Obiecaj mi, że będziesz już zawsze - szepnęłam, patrząc prosto w jego brązowe tęczówki. Musnął moją skórę na twarzy. - Jeśli tylko obiecasz mi to samo. - Musnął moje usta. 
- Wyglądasz przepięknie.
Uśmiechnęłam się, niemalże słysząc ten głos tuż obok siebie. Oczami wyobraźni ich widziałam. Dokładnie i wyraźnie. Rodzice byli tu ze mną. Patrząc na mnie i płacząc ze wzruszenia. Nie mogli tego przegapić. Ich jedyna córka za kilkanaście minut wychodziła za mąż. Czułam ich dotyk na ramieniu. Szeptali, żebym niczym się nie martwiła. Jak dumni i szczęśliwi są.
- Tato, jak bardzo chciałabym, abyś to ty mógł zaprowadzić mnie do ołtarza - szepnęłam.
- Będę tuż obok ciebie.
I wiedziałam, że tak będzie. Już nie miałam ochoty płakać. Byłam szczęśliwa.
- Kochanie, czas na nas. - Usłyszałam już realny głos. Wzięłam głęboki oddech. To czas. Serce biło mi jak oszalałe, a dłonie się trzęsły, ale gdzieś w głębi duszy czułam wewnętrzny spokój. To był ten spokój, na który od tylu lat czekałam.
- Jestem gotowa. - Uśmiechnęłam się i odwróciłam w stronę ojca Justina. - W każdym tego słowa znaczeniu.
- Wyglądasz przepięknie - powiedział dokładnie te same słowa, które usłyszałam od taty. Uśmiechnęłam się szerzej.
Mężczyzna wziął mnie pod rękę, prowadząc w kierunku wejścia do kościoła. Za chwilę mieliśmy przejść przez sam środek, a wokół miały znajdować się dziesiątki oczu, które będą skupione tylko na mnie. Ale nie bałam się. Czułam spokój.
Zrobiliśmy krok do przodu. Ja zrobiłam krok do przodu. Krok, na który czekałam całe swoje życie.
Muzyka rozbrzmiała, kiedy tylko pojawiliśmy się w polu widzenia gości. A ja ich nie widziałam. Moje oczy były skupione tylko na jednej postaci, znajdującej się na samym końcu drogi.
Reakcja, którą ujrzałam była czymś, co sprawiło,że miałam ochotę podbiec i mocno się w niego wtulić.
Justin na mój widok otworzył szerzej oczy, jakby nie dowierzając w to, co widzi. Przyłożył niekontrolowanie dłonie do ust. Będąc bliżej, dostrzegłam szklanki w jego oczach.
Ciepło opatuliło moje serce. W końcu stałam tuż obok niego. Jego ojciec ze wzruszeniem, podał moją dłoń Justinowi. Szatyn nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Jesteś najpiękniejszym, co w życiu widziałem - szepnął, przełykając gulę w gardle.
Wszystko działo się tak szybko. Szczęście, które wypełniało moje serce kazało mi krzyczeć i płakać, choć z zewnątrz wydawałam się niesamowicie spokojna. Siedzieliśmy obok siebie, wsłuchując się w słowa pastora.
- "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest..."
Spojrzałam na chłopaka. Był tak cholernie piękny. Tak cholernie mój. Musnęłam go dłonią, którą uniósł i pocałował delikatnie.
- "[...] nie unosi się gniewem, nie pamięta złego..."
Kolejny oddech. Zerknęłam delikatnie na bok. Jason siedział na kolanach Lea'i, wpatrując się w nas bez zająknięcia. Zauważając, że patrzę w jego stronę, uśmiechnął się i klasnął w rączki. Wyglądał na szczęśliwego, jakby rozumiał co się dzieje.
 - "[...] wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje."
Nigdy.
Moment składania przysięgi małżeńskiej był jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Łzy wzruszenia i szczęścia cisnęły mi się do oczu. Wzrok Justin wbity był tylko we mnie. Jakby nie istniało nic poza nami. Jego zeszklone oczy wpatrywały się prosto w moje.
- I ślubuję ci miłość - mówił. Posłał mi delikatny uśmiech. - Wierność i uczciwość małżeńską.
Motyle szczęścia szalały w moim brzuchu. Czy to aby na pewno nie sen?
- Oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.
W tym momencie nie wytrzymałam. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Od razu ją starł, muskając moją twarz. Jakby stał tuż obok po to, żeby chronić mnie przed całym złem tego świata.
Sama nie wiem jak wydukałam z siebie swoje słowa przysięgi, nie wybuchając przy tym płaczem.
Justin włożył obrączkę na mojego palca, jakby wykonywał najważniejszą czynność w swoim życiu. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście.
Tak bardzo czekałam na te słowa, tak bardzo czekałam na...
- Ogłaszam was mężem i żoną.
Mężem i żoną. Byłam jego żoną, a on moim mężem i to było już oficjalne. Chciałam rzucić mu się w ramiona i wykrzyczeć "słyszałeś?!". Gdy tylko padły słowa o pocałunku, chłopak zbliżył się do mnie z uśmiechem, ujął moją twarz dłońmi i wpił się w moje usta z dokładnością i delikatnością, jakby był to nasz pierwszy, prawdziwy pocałunek. W kościele rozległy się brawa i piękna muzyka.
- Kocham cię - szepnął, kiedy odsunął usta na kilka milimetrów. - Moja żono - dodał i choć nie widziałam, to czułam jak się uśmiecha. Robi to i ponownie wpija się w moje usta.
To właśnie ten moment, na który czeka się całe życie.
*
Od momentu, kiedy zobaczyłem ją w kościele, nie potrafię pozbyć się guli w gardle i ochoty rozpłakania się jak dzieciak. Pierwszy raz odebrało mi mowę. Weszła do środka ubrana w długą, białą suknię, a ja dyskretnie uszczypnąłem się w rękę, sprawdzając czy nie śnię. Wygląda tak zjawiskowo, w bieli nie brakowało jej już niczego do anioła. Była taka przepiękna. Odbierała mowę i oddech.
Przyciągnąłem ją do siebie, w czasie kiedy wszyscy wokół, wpatrzeni w nas, oczekiwali naszego pierwszego tańca.
Była powodem dla którego żyję. Powodem dla którego chciałem żyć. Tak piękna i niewinna. Tak moja. Odmieniła mnie i całe moje życie, nadając mu sens większy, niż kiedykolwiek mógłbym się spodziewać.
Tańczyliśmy do wolnej muzyki, wpatrując się tylko w siebie. Nie istniało nic innego.
- Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że stanę na ślubnym kobiercu, wyśmiałbym go jak cholera - szepnąłem jej do ucha ze śmiechem. Zapach jej ciała połączony ze słodkimi perfumami był czymś, co mógłbym wąchać do końca życia.
- Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że stanę na ślubnym kobiercu z facetem, który nie lubi czekolady, wyśmiałabym go jeszcze bardziej - zażartowała i zachichotała, a szeroki uśmiech wkradł się na moje usta. - Ale gdyby ktoś powiedział mi, że wyjdę za mąż za mężczyznę swojego życia, umarłabym z niecierpliwości, chcąc ten dzień już teraz - dodała.
Okręciłęm ją, po czym ponownie złapałem jedną dłonią w pasie i przyciągnąłem do siebie,
- Teraz już jesteś tylko moja.
- Zawsze byłam. - Spojrzała mi w oczy.
Codziennie modliłem się o bycie lepszym człowiekiem. O siłę w leczeniu, o siłę w walce z nałogiem, o siłę walce z samym sobą. Byłam swoim najtrudniejszym przeciwnikiem, z jakim dane mi było walczyć. Jestem czysty. Od roku i piętnastu dni. Nie skrzywdziłem Chanel. Biorę leki, chodzę na terapię, leczę się. Panuję nad sobą.  Złość, za zaleceniem psychiatry,  wylewam na sali treningowej przy pomocy worka bokserskiego. Czuję jak powoli staje się inną osobą. Budząc się rano widzę dwie, najpiękniejsze twarze na świecie. Osoby, dla których żyję i walczę o samego siebie. I nigdy nie przestanę.
Piosenka się zakończyła, a nasze usta  złączyły.

Trzy lata później

Biegłam przez miasto jak szalona. Wierciłam się na każdym czerwonym świetle, kiedy musiałam stać. Tak bardzo pragnęłam być już w domu. Powiedzieć mu. 
- No dawaj - warczałam pod nosem, kiedy światło, jak na złość, wciąż świeciło na czerwono. Byłam tak bardzo podekscytowana i szczęśliwa. Sygnalizacja zmieniła się, a ja przebiegłam przez pasy. 
Jestem taka dumna z Justina. Wkłada w leczenie całego siebie. Stał się innym człowiekiem. Choć nie. To złe stwierdzenie. To dokładnie ten sam, cudowny człowiek. Tyle, że na najlepszej drodze do wyzdrowienia. Życie z nim przypomina już tylko bajkę. A jednak czuję, że piekło przez które musiałam przejść było potrzebne. Nic nie dzieje się bez powodu. To wszystko musiało się wydarzyć, abyśmy dziś byli w tym miejscu. Bóg właśnie tego chciał, a on wie co robi.
W końcu byłam. Wbiegłam do domu jak poparzona. Wzrokiem szukałam Justina. Wstał z kanapy, a ja na jednym tchu wykrzyczałam w euforii:
- Jestem w ciąży!
Wbiegłam w jego ramiona, a on podniósł mnie do góry. Oplotłam go nogami i mocno wtuliłam w siebie. Okręcił się dookoła.
- Kurwa mać, naprawdę? Boże, nawet nie wiesz jaki jestem szczęśliwy - powiedział i wtulił mnie w siebie tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Po chwili odstawił mnie na ziemię i ujął moją twarz dłońmi. 
- Kocham cię, wariatko i przysięgam, że to najlepszy prezent, jaki mogłaś kiedykolwiek mi dać - powiedział, a łza spłynęła po jego policzku. Otarłam ją i wpiłam się w jego usta. Radość rozpierała mnie tak mocno, że miałam ochotę skakać pod sufit. Od roku marzyliśmy o drugim dziecku. Dla Justina myśl o tym, że tym razem miałby możliwość opiekowania się mną, kiedy będę nosić jego dziecko i wychowywać je od samych narodzin, była czymś niepojęcie pięknym. Tak bardzo o tym marzył. Staraliśmy się o to przeszło trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Lekarz nie dawał mi na to dużych szans po poronieniu. Dlatego kiedy tylko zaczęłam coś podejrzewać, a ginekolog potwierdził moje przypuszczenia, oszalałam ze szczęścia. 
- Kocham was - powiedział i klęknął, odsłaniając i całując mój, wciąż płaski brzuch. 
W tym momencie do pokoju wszedł Jason. Wciąż w piżamce, z pluszakiem w rączce. 
- Co się stało? - spytał zaspany, najwyraźniej obudzony przez nasze krzyki. 
- Będziesz miał siostrę lub brata - powiedziałam z pełnym uśmiechem na ustach. Chłopiec zaklaskał w dłonie szczęśliwy. Justin wstał i podszedł do chłopca, biorąc go na ręce i wracając do mnie. 
- Jesteście dla mnie najważniejsi na świecie, nigdy w życiu o tym nie zapominajcie. Tak bardzo was kocham - powiedział i pociągnął nosem, wciąż wzruszony informacją ode mnie. 
- Też cię kocham,tato - wyseplenił chłopiec i położył główkę na jego ramieniu. - I ciebie, mamo - dodał, nie chcąc, aby zrobiło mi się przykro i wyciągnął rączkę w moim kierunku, abym również się do nich przytuliła. Uśmiechnęłam się wzruszona i podeszłam bliżej. Chłopiec przytulił mnie swoją malutką rączką, a szatyn objął mnie wolną ręką. Justin ucałował kolejno mnie i Jasona w czoło, nie umiejąc powstrzymać się od łez wzruszenia. 
- Dziękuję - szepnął i spojrzał ku górze.

___________________________________________________

Nie wiem co się stało, że tu jestem i właśnie napisałam epilog. Po prostu nie wiem. Przyszedł wieczór. Przypomniałam sobie o czasach, kiedy pisałam tego bloga. Weszłam na niego, przeczytałam i po prostu to zrobiłam, zakończyłam  tę historię na dobre.
Dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? To tłumaczenie będzie głupie, ale prawdziwe. Wyjechałam na studia, nie miałam czasu, aż w końcu zapomniałam. Po pewnym czasie byłam wręcz przekonana, że zakończyłam tę historię. Całkowicie pochłonęło mnie moje życie. W tym roku kończę dwadzieścia jeden lat. Jestem kompletnie inną osobą, niż byłam, zaczynając pisać to opowiadanie. Skupiłam się na zupełnie innych rzeczach. Przepraszam, że dopiero teraz piszę to wszystko. Po prostu przepraszam. 
Czy ktoś to w ogóle przeczyta? Nie mam pojęcia. 
Chciałabym, żebyście wiedzieli, że ta historia to naprawdę spora część mojego życia. Nie zliczę ile czasu spędziłam nad pisaniem jej. Czytając ją teraz, łapałam się za głowę i mówiłam sobie "o nie, teraz napisałabym to zupełnie inaczej". Ale wciąż jestem dumna z tego opowiadania, które mam nadzieję i dla was było miłą odskocznią od życia realnego. 
Cóż, nie będę się więcej rozpisywać. Mam nadzieję, że ten epilog przypadnie do gustu tym wszystkim, którzy marzyli o happy endzie.
Całuję!
Natalia