czwartek, 25 sierpnia 2016

Special Chapter 16.

Przekręciłam się na bok i wzięłam do ręki telefon. Spojrzałam na godzinę. Siódma czternaście. I tak nie zasnę. Podniosłam się na łokciu i przyłożyłam dłoń do czoła. Głowa pękała mi od płaczu. Lubiłam sen. Wtedy nie myślałam, nie czułam bólu. Kiedy tylko się budziłam, przypominałam sobie o tym, co się stało i momentalnie zbierało mi się na płacz. Nie docierało do mnie to wszystko. Czułam się, jakbym cały czas trwała w jakimś paskudnym koszmarze.
Wstałam z łóżka, uświadamiając sobie, że Jason prawdopodobnie też już nie śpi, tylko leży w swoim łóżeczku, czekając na mnie. 
Był tak niespotykanie grzecznym dzieckiem. Rzadko kiedy płakał bez powodu, nigdy nie wymuszał płaczu, aby zwrócić na siebie uwagę. Rano budził się i nie płakał, aby go nakarmić, a cierpliwie czekał aż do niego przyjdę, bo wiedział, że zawsze to robię. Był najcudowniejszym dzieckiem na świecie. 
Wyszłam z pokoju, kierując się do chłopca. Delikatnie uchyliłam drzwi, Zauważyłam, że w pokoju znajduje się Justin. Nie przeszkadzało mi, że tutaj przebywał. Wręcz przeciwnie. Jego obecność mi pomagała. Tylko on potrafił przytulić mnie w taki sposób, że choć na moment zapominałam o bólu.
Patrzyłam na nich. Na dwie, najważniejsze osoby w moim życiu. Otworzyłam drzwi szerzej i weszłam do środka. Justin odwrócił się w moją stronę.
- Dzień dobry - powiedział i uśmiechnął się delikatnie, jakby czując, że uśmiechanie się w sytuacji życiowej, w jakiej się teraz znajdowałam, było nie na miejscu.
- Cześć - odpowiedziałam i zmusiłam się do odwzajemnienia uśmiechu. To nie tak, że nie było to szczere. Po prostu ciężko się uśmiechać, kiedy ból rozrywa twoje serce. Chłopak trzymał synka na rękach. Podeszłam bliżej.
- Cześć kochanie - szepnęłam do Jasona i ucałowałam jego malutką rączkę. Chłopiec uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam jak moje baterie do dalszego życia, delikatnie się podładowały. Przeniosłam wzrok na Justina, Trzymał Jasona na rękach i patrzył na niego oczami przepełnionymi miłością. Był przy nim innym człowiekiem. Kimś kompletnie niepodobnym do potwora, który niszczył mi życie.
- Tata - chłopiec powiedział i położył swoją rączkę na policzku Justina. Poczułam jak ciepło rozchodzi się po moim sercu. To był pierwszy raz, kiedy Jason wypowiedział to słowo.
- Słyszałaś? - szatyn powiedział z niedowierzaniem. - Słyszałaś? - powtórzył. Zauważyłam łzy zbierające się w jego oczach. Jakby usłyszał właśnie najpiękniejsze słowo w życiu. Przysięgam, że to był jeden z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających momentów w moim życiu. 
- Tak - odparłam i ponownie dzisiaj się uśmiechnęłam. Szczerze. - Rozumiem cię. Pamiętam, kiedy powiedział pierwszy raz "mama". Płakałam przez pół dnia - dodałam. 
- Mój mały aniołek - powiedział do chłopca i mocno wtulił go w siebie, jakby bał się, że za chwilę mu go odbiorę. Po chwili ucałował go w czubek głowy i podał mi.
- Weź go proszę, zaraz wrócę - odparł jakby nieobecny. Zdziwiona wzięłam synka na ręce, nie wiedząc skąd ta jego nagła potrzeba wyjścia. Chłopak wyszedł z pokoju. Ciekawość nie dawała mi spokoju. 
- Zaraz wrócę, kochanie - powiedziałam do chłopca i usadziłam wygodnie w jego łóżeczku, włączając telewizor. - Popatrz twoja ulubiona baja - dodałam i wskazałam palcem na telewizor. Chłopiec zaklaskał w dłonie. 
- Oglądaj, a mamusia zaraz wróci. - Pogłaskałam go po główce i wyszłam z pokoju. Nasłuchiwałam gdzie jest Justin. Usłyszałam...
płacz.
Tego się nie spodziewałam. Zeszłam po cichu do salonu, w którym przebywał szatyn. Siedział na łóżku i płakał, zakrywając twarz w dłoniach. A ja nie miałam pojęcia co się dzieje.
- Justin? - szepnęłam. Chłopak od razu wstał i otarł twarz dłońmi. 
- Tak? - spytał, próbując nieudolnie ukryć to, że płakał. 
- Co się stało?
- Nic - odpowiedział, unosząc lekko kąciki ust w górę. - Po prostu nigdy w życiu nie byłem tak...- zawahał się. - Wzruszony - dodał jakby z lekkim zażenowaniem.
- Rozumiem - zaczęłam, jednak nie dał mi skończyć. 
- Nie rozumiesz - przerwał mi. - Nie zdajesz sobie sprawy ile znaczy dla mnie to, że mam syna, że jestem jego ojcem, że on mnie kocha, że mogę dać mu miłość, której mi zawsze tak bardzo brakowało - ciągnął. - Całe życie wydawało mi się, że nie potrzebuję nikogo. Że żyję sam dla siebie i tak jest mi dobrze. A później - zamilkł na moment i podszedł do mnie, stając ze mną twarzą w twarz.
Ciarki przeszły po moim ciele.
- Później pojawiłaś się ty - powiedział, patrząc mi prosto w oczy. Chciałam coś odpowiedzieć, uchyliłam nawet usta, ale doszłam do wniosku, że nie wiem co mogłabym w tym momencie powiedzieć. 
- Nie wiem nawet w którym momencie stałaś się dla mnie kimś więcej, niż kolejną zabawką w moim życiu. Z czasem przestałem patrze na ciebie jak na przedmiot, a zacząłem jak na człowieka. Jak na kobietę. Jak na najpiękniejszą kobietę, jaką w życiu widziałem. Zauważyłem jaki piękny uśmiech masz. Jak uroczo wyglądasz, kiedy się uśmiechasz, a w twoich policzkach tworzą się dołeczki. - Położył dłoń na mojej twarzy i musnął ją kciukiem. - Zacząłem przyłapywać się na myśleniu o tym, czy nie jest ci zimno, kiedy wychodziliśmy wieczorami, czy nie robisz się już senna, czy nie chciałabyś iść już do domu. Zaczynałem się o ciebie troszczyć i to mnie przerażało. - Słuchałam jego monologu jak zahipnotyzowana.
- Pokochałem cię i pragnąłem mieć cię już zawsze przy sobie. Stałaś się dla mnie powodem, dla którego żyje, powodem dla którego mogę się zmienić. 
W tym momencie zamilknął i odsunął się ode mnie. 
- Ale mi się nie udało. I pozwoliłem na każdą krzywdę, jaką ci zrobiłem. - Niemalże słyszałam, jak w jego gardle rośnie niewidzialna gula. - Ale to już przeszłość, wiesz? Odkąd cię odnalazłem i  poznałem Jasona wszystko się zmieniło. Poczułem, że  to jest moja ostatnia i jedyna szansa na zmianę wszystkiego, na zmianę siebie. Chanel, chciałem powiedzieć ci to już wcześniej, ale nie było kiedy. - Spojrzał na mnie ponownie. - Byłem na odwyku. Przez pół roku dobrowolnie byłem w zamkniętym ośrodku dla narkomanów i przysięgam, że odkąd tam przyjechałem do dnia dzisiejszego nie tknąłem narkotyków. Jestem czysty. Wierzysz mi?
To był ten moment, kiedy miałam odpowiedzieć, choć nie byłam pewna czy jestem w stanie cokolwiek z siebie wydusić. Minęło dobrych kilkanaście sekund, zanim w ogóle się odezwałam. 
Miałam mętlik w głowie. Jego słowa mnie zszokowały. Tak wiele razy mówił, że się zmienił, ale dopiero teraz zrobił prawdziwy krok w tym kierunku. 
- Byłeś tam wtedy, kiedy tak nagle zniknąłeś? - spytałam.
Kiwnął twierdząco głową.
- Pamiętam kiedy przyszedłem do ciebie pijany. Znów zachowałem się jak ostatni kutas. Po obudzeniu się drugiego dnia, wiedziałem, że nie zmieniło się nic. I nie zmieni się, jeśli nie zrobię niczego w tym kierunku. 
Byłam taka...dumna. Boże, może to brzmi idiotycznie, ale ja naprawdę czułam dumę. Miałam ochotę mocno go przytulić i powiedzieć: "Kochanie, wiedziałam, że ci się uda. Jestem z ciebie taka dumna.".
- Wierzę - odpowiedziałam, nawet nie zastanawiając się nad tym dłużej. - Ale to nie wszystko, Justin - dodałam. - Potrzebujesz pomocy psychiatry. Twoje napady gniewu, wybuchowość, skłonność do agresji.
W czasie, kiedy ja wymieniałam jego wady, on wyjął z kieszeni spodni małą karteczkę i podał mi ją.
Przerwałam w połowie zdania. 
To była wizytówka jednego z tutejszych psychiatrów. Byłam w szoku. A jednocześnie czułam...radość.
- Mam pierwszą wizytę za miesiąc. Nie było wcześniejszych terminów - powiedział jakby nieśmiało.
Przysięgam, że czułam się kompletnie zamurowana. Czy to naprawdę wszystko się działo? - Wiem, że to wciąż niewiele. Wiem, że to wciąż nie sprawi, że będę dla ciebie idealny, ale kurwa, kocham cię tak cholernie mocno. Jak nigdy w życiu nikogo. Błagam cię o ostatnią szansę. Kocham cię jak wariat i nigdy nie przestałem. Nigdy - powiedział i ponownie stanął kilka centymetrów przede mną. 
Miałam wrażenie, że na moment straciłam głos. Nie byłam w stanie nic z siebie wydusić. I chyba to zauważył. 
- Spokojnie. Nie chcę, żebyś w tym momencie musiała podejmować jakąkolwiek trudną dla ciebie decyzję. To dla ciebie okropnie trudny okres, a ja jestem tutaj, żeby cię wspierać, nie dodawać zmartwień. Chciałem po prostu, żebyś wiedziała kim dla mnie jesteś. Ty i Jason. Wszystkim. Jeśli w pewnym momencie poczujesz, że wciąż kochasz mnie tak, jak dawniej, to po prostu powiedz. A przysięgam zrobić wszystko, żeby uczynić cię najszczęśliwszą kobietą na świecie - dodał i pocałował mnie delikatnie w policzek, po czym wyszedł,zostawiając mnie samą. Z jednym, wielkim mętlikiem w głowie.
*
- Hej. - Wpuściłam chłopaka do środka. 
- Cześć słońce - powiedział z troską i wszedł do środka. Zaprowadziłam Jay'a do salonu. 
- Przywiozłem ci kilka rzeczy, które lubisz i które lubisz Jason, ale jeśli potrzebujesz jakichś większych zakupów, to powiedz, pojadę ci po nie nawet zaraz- powiedział i położył na stole torbę z zakupami.
- Dziękuję ci bardzo, jesteś kochany. - Ponownie dziś zmusiłam się do uśmiechu. - Nic nie potrzebuję. Justin jest na miejscu i jeździ na zakupy. Bardzo mi pomaga, bądź spokojny - odparłam.
- Właśnie dlatego nie jestem spokojny - powiedział półszeptem, a ja udałam, że tego nie słyszałam.
- Napijesz się czegoś? - spytałam.
- Mieszka tutaj, prawda? - odparł, ignorując moje pytanie. - Gdzie jest teraz?
- Tak, mieszka. Prosiłam go o to. Daje mi duże wsparcie i pomoc. A teraz jest z Jasonem na spacerze. 
- Zostawiasz go z nim samych? Nie boisz się? Dobrze wiesz do czego jest zdolny. Już nie pamiętasz jak go porwał?
- Jay - przerwałam mu. - Ufam mu w tej kwestii. Ma stały, dobry kontakt z synem, więc nie ma już powodu robić czegoś tak głupiego. Jeśli ja jestem spokojna, to ty również możesz być, a teraz proszę, ale zmieńmy temat.
- Masz rację, przepraszam. - Pokręcił głową. Usiadł obok mnie i złapał mnie za rękę. - Jak się czujesz?
- A jak mogę się czuć? - spytałam retorycznie jakby z wyrzutem. - Boli. Boli jak cholera. Mam wrażenie jakby ktoś rozbijał moje serce młotkiem, za każdym razem, kiedy pomyślę o mamie i tacie. Tak bardzo chciałabym, żeby byli teraz przy mnie i..i...- zacięłam się i wybuchnęłam głośnym płaczem. Brunet mocno mnie do siebie przytulił.
- Minie. Ten ból w końcu minie, zobaczysz - mówił, kołysząc mnie w ramionach, jak małe dziecko.
Nie wiem ile czasu przesiedzieliśmy tak. Płakałam bez przerwy. Za każdym razem, kiedy choć trochę się uspokoiłam, za chwilę ponownie wybuchałam płaczem.
Minęła godzina, może dwie. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Obudziłam się i przetarłam obolałe oczy. Podniosłam się, szukając wzrokiem Jay'a. Zamiast jego, zobaczyłam Justina.
- Już go nie ma. Zostawił ci kartkę. Wyszedł jeszcze, zanim wróciliśmy z Jasonem - powiedział, domyślając się kogo szukam wzrokiem. Usiadłam na łóżku, biorąc do ręki kartkę.

Nie chciałem Cię budzić. Potrzebujesz snu i odpoczynku. Dzwoń, kiedy tylko będziesz mnie potrzebować. Pamiętaj, że jestem dla Ciebie. 
Jay

Podniosłam wzrok znad kartki, widząc, że Justin kładzie coś na stół przede mną.
- Zrobiłem zakupy i przygotowałem dla ciebie kolację - powiedział nieśmiało, po czym usiadł na fotelu naprzeciwko. Spojrzałam przed siebie. Gorąca, pachnąca owocami herbata, pięknie wyglądająca lasagne, porcja przepisanych od lekarza leków i szklanka wody z cytryną. Przyrzekam, że kąciki moich ust samowolnie uniosły się ku górze.
- Potrafisz gotować? - spytałam i spojrzałam na chłopaka.
- Ja? No jasne - powiedział zmieszany. Kręcił, a mnie całkiem szczerze to rozbawiło.
- A tak serio?
- No dobrze, lasagne kupiłem w restauracji - odparł i spuścił głowę, a ja się zaśmiałam. Sama w to nie wierzyłam, ale naprawdę zachichotałam szczerze na głos. Justin od razu spojrzał na mnie ponownie.
- Uśmiechasz się - powiedział ze wzruszeniem. - Wiesz co? Cieszę się, że nie umiem gotować. Dzięki temu, mój brak talentu kucharskiego, sprawił, że choć na moment cię rozbawiłem - dodał.
- Dziękuję - odparłam, a moje usta wciąż delikatnie wykrzywiały się w uśmiechu. - Za kolację i...- zacięłam się. - I za to, że jesteś tu przy mnie. Dziękuję.
*
- Chanel, chciałbym ci coś zaproponować. - Usłyszałam, kiedy wróciliśmy do salonu, po położeniu Jasona spać.
- Tak? - spytałam, siadając na kanapie i okrywając nogi kocem. Chłopak usiadł obok. Nie miałam pojęcia co mógł mi zaproponować.
- Wyjedźmy stąd. Spakuj się, spakuj Jasona i zabieram was stąd - powiedział, a ja byłam w kompletnym szoku.
- Wyjechać? Dokąd? Teraz? Justin, dopiero co pochowałam rodziców, nie mogę ich tutaj zostawić - odparłam bez zastanowienia.
- Proszę, wysłuchaj mnie najpierw - powiedział. - Chciałbym zabrać cię stąd dla twojego dobra. Abyś odpoczęła, zmieniła otoczenie choć na moment. Wyjechalibyśmy do moich rodziców. Poznaliby swojego wnuka - dodał niepewnie.
Przyznam, że poczułam zawahanie.
- Nie zostawisz swoich rodziców - kontynuował. - Oni są wszędzie, tam gdzie ty i będą już zawsze. W twoim sercu. Boję się, że nie dojdziesz do siebie, zostając tutaj, w ich domu, w którym wszystko ci ich przypomina. Proszę, zaufaj mi. Myślałem o tym całą noc. To ci pomoże.
Miałam mętlik w głowie. Dwa głosy walczyły w mojej głowie.
- Nie Justin. Nie potrafię stąd wyjechać, zostawić tego miejsca, zostawić rodziców - powiedziałam cicho.
- Chanel - odparł i przybliżył się. - Daj się tam zabrać chociaż na tydzień. Proszę daj sobie pomóc. Jestem pewien, że twoi rodzice chcieliby, żebyś ruszyła z życiem do przodu - odpowiedział.
Nie byłam przekonana. Bałam się jego bliskości. Bałam się żyć dalej. Bałam się tego, co miało być.
- Prześpij się z tym, dobrze?
Kiwnęłam twierdząco głową.
- Proszę, przemyśl to dobrze - dodał. - Bardzo cię kocham - szepnął jeszcze i pocałował mnie w czubek głowy. Wstał z kanapy i odszedł w kierunku łazienki. Westchnęłam głęboko, czując, że w mojej głowie panuje totalny chaos. Nie wiedziałam co robić. Nie miałam pojęcia jaką decyzję podjąć.
- Mamo, proszę doradź mi - szepnęłam i przymknęłam powieki.
Wstałam z kanapy i zaczęłam zbierać rzeczy z niej, aby przygotować dla Justina miejsce do spania. Chociaż tak chciałam odwdzięczyć się za to, jak się o mnie troszczył.
Odłożyłam wszystkie poduszki na bok, po czym zdjęłam z kanapy spodnie Justina, chcąc je poskładać, kiedy z kieszeni wypadł mały woreczek. Spojrzałam na niego, nie potrafiąc uwierzyć w to, co widzę. Nie wiedziałam czy czuję większą złość, smutek czy zawiedzenie.
Brzuch zaczął w jednym momencie boleć mnie z nerwów, łzy naszły do oczu, a dłonie zaczęły drżeć.
Jak mógł? Jak mógł tak perfidnie mnie okłamać?
Tkwiłam tak, wpatrując się w biały proszek. Dobrze wiedziałam co to. Za dobrze.
W tym momencie Justin wyszedł z łazienki. Podeszłam do niego, czując jak złość dosłownie mnie rozpiera.
- Ty podły kłamco! - krzyknęłam ze łzami w oczach i rzuciłam w niego woreczkiem z narkotykiem. Wyglądał na zszokowanego. Spojrzał na przedmiot, którym go uderzyłam, wydając się jeszcze bardziej zdziwiony, niż ja.
- Jak mogłeś?! Ile jeszcze razy mnie okłamiesz? Ile razy będziesz próbował wmówić mi, że się zmieniłeś?! - krzyczałam jak w amoku.
- To..to nie moje, przysięgam. Kurwa, Chanel, przyrzekam, że to nie moje - zaczął się tłumaczyć, chcąc do mnie podejść.
- Odejdź, nie podchodź - powiedziałam desperacko i odepchnęłam go na tyle, na ile pozwoliły mi siły. - Dlaczego ty ciągle to robisz, dlaczego. - Pokręciłam głową, płacząc. Czułam największe rozczarowanie w całym swoim życiu. Nie mogło być gorzej.
- Błagam cię, uwierz mi. Nie wiem jak to się tutaj znalazło, ale przysięgam, że to nie moje. Nie kłamałem, jestem czysty, nie brałam od ponad półtora roku. Uwierz mi, do cholery - powiedział desperacko i podszedł do mnie, obejmując mnie.
- Puszczaj! - Odepchnęłam go ponownie. - Wynoś się stąd! - dodałam i podeszłam do drzwi, otwierając je. - No wynoś! - krzyknęłam. Zabrałam jego buty oraz kurtkę i wyrzuciłam je za drzwi. - Spieprzaj stąd, ty parszywy kłamco. Nic się nie zmieniłeś. Jesteś takim samym potworem, jakim byłeś.
Spojrzałam na niego. Na jego twarzy malował się ból.
- Jeszcze ci udowodnię, że tak nie jest. Pokaże ci, że jestem innym człowiekiem - powiedział ze spokojem, po czym wyszedł, a ja trzasnęłam za nim drzwiami, osuwając się w płaczu na podłogę.
________________________________________________
Bardzo przepraszam, że rozdział tak późno. Mam tak mało czasu, że nie dałam rady napisać go wcześniej. Pracuję, zrozumcie, proszę.
Kolejny rozdział pojawi się tak szybko, jak pozwoli mi na to mój czas. Tak po prostu. Nie podam żadnej dokładnej daty. Jedyną rzecz, jaką mogę wam obiecać to to, że LINEB zostanie skończone do końca września, bo wtedy wyjeżdżam na studia.
Dziękuję wszystkim, którzy wciąż tu ze mną są.
Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam na:
twittera
aska



20 komentarzy:

  1. Jak zwykle świetnie napisany. Mam nadzieję, że Justin i Chanel w końcu się pogodzą :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Justin .. pewnie Jay podrzucił mu te narkotyki ;/
    Mam nadzieję że Justin udowodni Chanel że hest niewinny
    Cudowny rozdział ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Uhh zabije Jaya

    OdpowiedzUsuń
  4. Te prochy na 100% włożył Justinowi do spodni Jay. Kurwa a miało być tak pięknie

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham to opowiadanie ♡ moge je czytać godzinami !! Świetne!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jay to taki skurwiel, zabije go sama

    OdpowiedzUsuń
  7. dziękuję Ci z całego serduszka, że konczysz to opowiadanie. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudo! <3 Już chce kolejny, wierzę w to, że te narkotyki to nie Justina...

    OdpowiedzUsuń
  9. Przeciąganie akcji na siłę, niestety.
    Ale to moje zdanie, bez hejtów proszę! :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Czekam...I domyslam się że to Jay podrzucił to Jussowi...

    OdpowiedzUsuń
  11. Podobnie, jak koleżanki wyzej, twierdzę, że to Jay podrzucił Justinowi ten woreczek. Może tam nawet nie było dragów tylko coś zwykłego, jak np mąka? Tynk ze ściany XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahhaha wygrałaś. Tynk ze sciany xD

      Usuń
    2. Ale na pewno nie mąka :p

      Usuń
    3. Aczkolwiek co do tynku, to zawziety chłopak, naskrobac woreczek tynku wyglądający jak działka, to podziwiam upór :D

      Usuń
  12. Jak zwykle cudowny i jak zwykle płakałam

    OdpowiedzUsuń
  13. Szybciej proszek do pieczenia, mąka ma inną konsystencję :p a swoją drogą, Justin nie ma trudndgo zadania, wystarczy, że podda się testom antynarkotykowym, po półtora roku abstynencji już by nic nie wykazały, ale wykazalyby np po miesiącu od wzięcia, także to nie takie straszne do udowodnienia :D

    OdpowiedzUsuń
  14. cudo <3 Pewnie Jay podrzucił mu te proszki

    OdpowiedzUsuń
  15. Przewidywalne, że Jay to podrzucił

    OdpowiedzUsuń
  16. Jay to śmieć! Jestem pewna, że to on. Nona rozdział świetny, jak zawsze :) jesteś cudowna, że zdecydowałaś się kontynuować ff <3

    OdpowiedzUsuń