sobota, 23 lipca 2016

Special Chapter 15.

Tydzień później.
Stałam wpatrzona w punkt przed sobą. Nie wiem czy czułam niewyobrażalny ból, czy nie czułam już nic. Trzymałam w dłoni dwie róże, wbijając sobie, chyba nawet nieświadomie, ich kolce w palce. 
Ciepłe palce dotykały mojej lodowatej dłoni, bardzo delikatnie ją obejmując, jakby na wypadek, gdybym miała upaść i trzeba było szybko mnie złapać.
Przymknęłam powieki.
Bóg postanowił zabrać ich do siebie tak szybko. Módlmy się o pocieszenie dla ich bliskich.
Niewidzialna siła rozrywała moje serce na pół. Przez moją głowę przelatywały przeróżne obrazy z przeszłości. Łzy cisnęły się niemiłosiernie do moich oczu. Coraz mocniej wbijałam kolce w palce, aż poczułam ciepłą ciecz spływającą po mojej dłoni.
- Kochanie, uważaj - usłyszałam. Chłopak rozluźnił mój uścisk na kwiatach, po czym podniósł moją lekko zakrwawioną dłoń. Wyjął z mojej czarnej torebki nawilżane chusteczki dezynfekujące i otarł krew z mojego palca. Złożył delikatny pocałunek na mojej skroni i szepnął do mojego ucha: - Jestem przy tobie. 
Czułam kompletny brak sił we wszystkich mięśniach. Z ledwością stałam na nogach.
Moi kochani. Mama. Tata. Nie żyli. Nie było ich tutaj ze mną i już nigdy nie będzie. Ta myśl nie potrafiła do mnie dojść. Cały czas wydawało mi się, że to jakiś makabryczny żart lub straszny koszmar, z którego za moment się obudzę i wszystko wróci do normy.
Zginęli. Zginęli, choć powinni żyć i być ze mną. Dziś, jutro i jeszcze przez długie lata. Wpadli w poślizg i uderzyli w drzewo. Oboje zginęli na miejscu. 
Nie mogłam się nawet z nimi pożegnać, nie miałam takiej możliwości. Trumny zostały już przygotowane do opuszczenia ich pod ziemię.
- Nie, nie zgadzam się, oni żyją! - wykrzyczałam w pewnym momencie i niespodziewanie rzuciłam się w kierunku trumien. Objęłam je obie na tyle, na ile byłam w stanie. - Nie pozwolę wam, nie pozwolę - dodałam i odepchnęłam jednego z facetów, których zadaniem było opuszczenie trumien.
Wpadłam w kompletną histerię. Nie płakałam. Wyłam rozpaczliwie, trzymając się kurczowo trumien. Justin, który wcześniej trzymał mnie za rękę, od razu rzucił się za mną. Złapał mnie delikatnie za ramiona, odciągając. 
- Chanel, proszę, musisz odejść - szepnął i odciągnął mnie. Płakałam, łkałam, wyłam, trzęsłam się.
- Nie pozwól im, nie pozwól - wydusiłam rozpaczliwie i wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Nie odpowiedział nic. Głaskał mnie po plecach, usiłując mnie choć trochę uspokoić. Powoli złapałam oddech i odwróciłam się ponownie w stronę trumien. Ludzie patrzyli na mnie ze współczuciem i żalem.
Nie rozumieli. Nic nie rozumieli. Straciłam rodziców. Obojga naraz, dużo za wcześnie. To nie była ich pora. Słowa księdza słyszałam jak przez głośny szum. Nie docierało do mnie już nic. Patrzyłam tępo, jak trumny zostają powoli opuszczane, a ciała moich rodziców trafiają na zawsze pod ziemię. 
Ciepłe ręce mamy już nigdy nie przytulą mnie, kiedy będę miała problem, a silne ramiona taty już nigdy nie obejmą mnie w potrzebie. 
To był moment na wrzucenie róż i ostatnie pożegnanie. Podeszłam wolnym krokiem, będąc przez cały czas asekurowana od tyłu przez szatyna. 
- Tak bardzo was kocham - wyszeptałam, pociągając nosem i czując, że za moment przyjdzie kolejna fala płaczu. Wrzuciłam obie róże i pocałowałam dłoń, jakby oddając ten pocałunek w kierunku trumien. Niemalże poczułam ich obecność obok siebie. Czułam jak stoją obok i mówią "nie smuć się".
Wszystko przestało dla mnie istnieć na ten moment.
*
Stałem za nią, sam z ledwością powstrzymując się od łez. Nie znałem tych ludzi tak naprawdę niemalże wcale. Nie utrzymywałem z nimi żadnych kontaktów. Ba, nienawidzili mnie. Za wszystko, co zrobiłem Chanel. Lecz mimo wszystko, ich śmierć mnie dotknęła. Poczułem jakby ktoś dla mnie bliski odszedł. Myślę, że czułem to ze względu na Chanel. Jej ból był moim bólem. A cierpiała niewyobrażalnie. Wszystko oddałabym, żeby móc wziąć na siebie choć połowę bólu, który ona teraz odczuwała. 
Jej policzki, kiedyś pełne i rumiane, były teraz przeraźliwie blade i chude. Nie było śladu po tych śmiejących się oczach i uśmiechu. Ból był niemalże wymalowany na jej twarzy. A ja nie mogłem nic zrobić. Mogłem jedynie być obok i to rozpieprzało mnie od środka.
Podszedłem za dziewczyną i również wrzuciłem róże do dołka, zaciskając wargi. Ująłem delikatnie dłoń Chanel, chcąc dać jej do zrozumienia, że jestem tu dla niej, tuż obok.
Pogrzeb skończył się niewiele później. Brunetka ledwo trzymała się na nogach. Ludzie podchodzili do niej i składali jej kondolencje.
Co jej kurwa po tych słowach? Miałem ochotę zabrać ją teraz od tych wszystkich ludzi, którzy ją otaczali. Stałem tuż obok, w razie gdyby mnie potrzebowała i czekałem aż wszyscy, którzy tego chcieli, do niej podejdą. Cicho dziękowała, choć dobrze wiedziałem, że ma  dość. Nie obchodziły jej te słowa. 
Podszedł Jay. 
- Tak cholernie mi przykro. Cierpię razem z tobą. Wiesz jak doby kontakt miałem z twoimi rodzicami. Boże, nawet nie wiem co mam powiedzieć - powiedział niemalże ze łzami w oczach i objął dziewczynę. Nie podobało mi się to. I chociaż starałem się być spokojny i przemówić sobie, że to  wyjątkowa sytuacja, to  pięść w mojej dłoni niekontrolowanie się zaciskała.Wciąż miałem z tym problem. Wciąż musiałem pracować nad panowaniem nad sobą.
- Dziękuję, że przyszedłeś - odparła i delikatnie się od niego odsunęła. Pilnie strzegłem jej boku, będąc w pełnej gotowości do ewentualnego odbicia jej z jego rąk. 
Brunet zmierzył mnie wzrokiem, po czym przerzucił swój wzrok z powrotem na Chanel. 
- Gdybyś mnie potrzebowała, jestem zawsze dla ciebie. Dzwoń kiedy tylko będziesz chciała. O każdej porze dnia i nocy. Jestem tu dla ciebie, pamiętaj o tym - powiedział. 
Nie potrzebowała cię. To ja jestem tutaj dla niej. Miałem ochotę wyrwać ją stąd jak najszybciej. 
- Dziękuję ci. - Pokiwała z uznaniem głową. - A teraz przepraszam, ale nie mam sił na rozmowę - dodała. 
- Jasne, rozumiem - odparł i pogłaskał ją po ramieniu, po czym odszedł. 
- Zabierz mnie do domu, proszę. Potrzebuję teraz ciszy i obecności Jasona - zwróciła się do mnie błagalnie. Jej przekrwione od płaczu łzy łamały mi serce na małe kawałki. 
- Oczywiście - przytaknąłem i objąłem ją mocniej ramieniem. W momencie, kiedy wydawało mi się już, że na moment się uspokoiła, dziewczyna wybuchnęła głośnym płaczem i rzuciła się gwałtownie w moje ramiona.
- Cichutko skarbie. Wiem jak bardzo cierpisz, ale to z czasem choć trochę minie - mówiłem, choć sam tak naprawdę nie mogłem sobie nawet wyobrazić tego, co czuła. 
- Nie chcę żyć, nie chcę - wyszeptała resztkami sił. - Wolę umrzeć - wychrypiała resztkami sił. 
Nie zdołałem wydusić słowa. Nie znalazłem odpowiednich słów, one nie istniały. Wtuliłem jej delikatnie ciało w swoją klatkę piersiową, a dziewczyna kolejny raz wybuchła płaczem, mocząc moją koszulkę łzami. - Błagam, bądź przy mnie - szepnęła, a jej słabe dłonie zacisnęły się na materiale mojego ubrania, jakby bała się, że zaraz odejdę i chciała zatrzymać mnie przy sobie. 
Nie potrafiłem określić uczucia, jakie teraz mi towarzyszyło. Z jednej strony ból rozrywał moje serce, ale z drugiej poczułem ciepło rozchodzące się po moim sercu, słysząc od niej znów, że mnie potrzebuje. 
Czułem, jakbym dostał od Boga drugą szansę. I nie mogłem jej spieprzyć, choćby nie wiem co. 
*
Weszliśmy do domu, w którym znajdowała się jedynie Melanie. Pilnowała w domu Jasona w czasie pogrzebu. Dziewczyna wyszła do przedpokoju, kiedy tylko usłyszała otwierające się drzwi. 
Podeszła i od razu mocno mnie przytuliła. 
- Potrzebujesz mnie? Zostać z tobą? Powiedz tylko słowo, a posiedzę z tobą ile tylko zechcesz - powiedziała, kiedy po kilkunastu sekundach się od siebie odsunęłyśmy.
- Jesteś kochana, ale dziękuję, nie trzeba - odparłam z pełnym przekonaniem. - Jeśli tylko będę cię potrzebować, będę dzwonić - dodałam.
- Na pewno? - spytała, a ja kiwnęłam twierdząco głową. Pokręciła głową, dając mi do zrozumienia, że rozumie. Była kochana, lecz nie miałam ochoty na towarzystwo. 
- Jason śpi w swoim pokoju. Był bardzo grzeczny, nie płakał, zjadł grzecznie cały obiad i zasnął.
- Dziękuję. - Udało mi się zdobyć na minimalny uśmiech. 
- Nie masz za co. I pamiętaj, dzwoń kiedy tylko chcesz - powiedziała i pogłaskała mnie po ramieniu. Odsunęła się, włożyła buty i przełożyła przez ramię torebkę. Pożegnała się i wyszła. 
- Chcesz, żebym ja również wyszedł? - Justin spytał niepewnie. Spojrzałam w jego brązowe oczy i przysięgam, że poczułam się minimalnie lepiej. 
- Nie, zostań ze mną - odpowiedziałam i podeszłam trochę bliżej. - Proszę - dodałam niemalże rozpaczliwie. 
- Nie musisz mnie prosić - odparł i ucałował mnie delikatnie w czoło. Czułam się przy nim mniej źle, niż czułam się przez cały, inny czas.
- Mógłbyś zrobić mi melisę? Jest w kuchni na blacie - spytałam. - Ja pójdę zobaczyć do małego - dodałam.
Wszystko, co mówiłam brzmiało tak samo. Bez emocji. Jakbym oddychała, chodziła i mówiła mechanicznie. Bez jakichkolwiek chęci do życia.
- Oczywiście - odpowiedział od razu i udał się w kierunku kuchni. Zdjęłam małą torebkę, którą miałam założoną przez ramię i odłożyłam ją na szafkę, po czym zrobiłam to samo z butami. 
Udałam się w kierunku schodów i weszłam do góry, wchodząc do pokoju Jasona. Chłopiec spał słodko w swoim łóżeczku. 
Podeszłam do niego i nachyliłam się. Łzy wypłynęły z moich oczu. 
- Babcia i dziadek są teraz w niebie, kochanie - szepnęłam. - Ale nie smuć się. Patrzą na nas z góry, czuwają nad nami i mocno nas kochają - dodałam i pogłaskałam chłopca po jego malutkiej główce.
Jason był teraz powodem dla którego wciąż żyłam. Trzymał mnie przy siłach i o zdrowych zmysłach. 
I był również Justin, Choć mogłam wmawiać sobie, że już go nie kocham, to serce nie potrafiło kłamać. Nikt inny, teraz, poza naszym synkiem i Justinem, nie potrafił sprawić, że moje rozkruszone serce, zaczynało bardzo powoli składać się w całość. Jego obecność, jego obejmujące ramiona, ciepło bijące od ciała, oczy, dłonie muskające moją skórę. To wszystko dawało mi uczucie, którego nie był w stanie dać mi nikt inny. 
Nie wiedziałam co teraz będzie z nami. Nie potrafiłam o tym myśleć. Nie teraz. Chciałam, żeby był przy mnie. Potrzebowałam jego obecności tak cholernie mocno. Bałam się o to, jak blisko dopuszczam go znów do siebie, ale nie potrafiłam przestać. 
W tym momencie poczułam dłonie na swoich biodrach. 
- Już przygotowałem dla ciebie herbatę - szepnął, po czym odsunął się na bok, aby widzieć Jasona.
- Dziękuję - szepnęłam.
- Jest już taki duży - powiedział, wpatrując się w śpiącego chłopca jak w obrazek. - Tak bardzo żałuję, że przegapiłem tak długi okres czasu w jego życiu.
- Ostatnie pół roku straciłeś na własne życzenie - odparłam z nutką pretensji w głowie. Przyznam, że bolał mnie fakt, że chłopak zniknął nagle na pół roku, jakby kompletnie rezygnując z Jasona. Ze mnie. Z nas.
- To nie tak. Chanel, miałem powiedzieć ci o tym już dawno, ale zbyt wiele się wydarzyło i nie było kiedy. Słuchaj. Wtedy, kiedy wyjechałem, byłem na...
Przerwałam mu.
- Justin proszę. Nie teraz, nie dziś. Nie mam sił rozmawiać. To nie czas na rozmowę o nas. To odległy temat. Moi rodzice nie żyją. Muszę wszystko ułożyć, pozbierać się i wstać na nogi - odparłam, czując jak ciężka gula tworzy się w moim gardle. 
Widziałam zrezygnowanie i smutek w jego oczach.
- Dobrze, masz rację, rozumiem - odparł i przytaknął. 
*
Siedzieliśmy w salonie na kanapie. Jej głowa spoczywała na moich kolanach. Nie zliczę ile razy ocierałem łzy z jej policzku i uspokajałem. 
- Dlaczego Bóg mi ich odebrał, to takie niesprawiedliwe - powiedziała. 
Delikatnie głaskałem ją po głowie, przeczesując włosy. Miała rację. To nie było sprawiedliwe. Ona nie zasługiwała na tyle bólu. Zasługiwała na wszystko, co najlepsze.
- Jestem tak złym człowiekiem? Zasłużyłam na to?
- Nawet tak nie mów. Jesteś cudownym człowiekiem - odparłem. Dziewczyna podniosła się i spojrzała mi w oczy.
- Zostawiłam cię samego, choć obiecywałam, że nigdy tego nie zrobię. Bóg mnie ukarał - powiedziała, a ja niemalże poczułem ścisk w żołądku na wspomnienie tamtego wydarzenia. 
- Przestań tak mówić - skarciłem ją. - Jedyną osobą zasługującą na karę jestem ja - dodałem.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Po prostu patrzyła w moje oczy, a ja w jej. Milczeliśmy tak, sami chyba nie wiedząc dlaczego. 
Poczułem silny impuls. Uczucie, którego nie mogłem opanować. Ująłem jej podbródek i wpiłem się delikatnie w usta dziewczyny. Nie odsunęła się, lecz nie odwzajemniła też pocałunku. Odsunąłem się, kiedy tylko się otrząsnąłem. 
- Przepraszam - powiedziałem szybko. - Przepraszam, nie powinienem - dodałem. 
Czułem się cholernie głupio. Nie powinienem jej całować. Nie teraz, nie w takiej sytuacji. Zachowałem się jak ostatni idiota. 
Chanel nie odpowiedziała zupełnie nic. Ułożyła się z powrotem na moich nogach i przymknęła powieki.
- Po prostu przy mnie bądź - szepnęła.

Nie minęło nawet pół godziny, kiedy po oddechu dziewczyny, mogłem poznać, że zasnęła. W końcu. Była taka wykończona zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Potrzebowała snu.
Delikatnie się podniosłem, jednocześnie biorąc Chanel na ręce. Udałem się w kierunku jej sypialni. Dziewczyna przez sen delikatnie się we mnie wtuliła. Była taka niewinna i bezbronna. Sprawiała, że budziła się we mnie potrzeba chronienia jej przed całym złem tego świata. 
A przede wszystkim, przed samym sobą.
Wszedłem do pokoju i jak najdelikatniej umiałem, położyłem ją na łóżku. Przykryłem leżącym obok kocem i ucałowałem w głowę. 
- Śpij aniołku - szepnąłem i wyszedłem, udając się jeszcze na moment do pokoju mojego synka.
Podszedłem do łóżeczka i delikatnie okryłem chłopca kołderką, którą z siebie zsunął. Nachyliłem się, całując go w czubek główki.
- Tatuś cię bardzo mocno kocha i obiecuje zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby cię chronić - powiedziałem cicho. - Oby tylko mama pozwoliła mi być przy tobie już na zawsze - dodałem. Nachyliłem się i ucałowałem chłopca w główkę, po czym wróciłem do salonu i ułożyłem się na kanapie. 
Leżąc w ciszy, wpadłem na pewien pomysł. 

______

Z góry przepraszam za ewentualne błędy, ale oczy już mi się zamykają. Rozdziałów będzie około 20, także myślę, że jeszcze 4, ale wszystko wyjdzie w praniu.
Dziękuję osobom, które wciąż tu są i przepraszam osoby, które zawiodłam. 
Nowy rozdział na przestrzeni 2, maksymalnie 3 tygodni.
Miłego wieczoru!

31 komentarzy:

  1. Nie moge się doczekać następnego; D -o.

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawie się popłakałam, biedna Chanel ciągle cierpi, a rozdział jak zawsze świetny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rycze tak bardzo. Nie da sie opisać mojej miłości do tego, co piszesz. Mogę Ci tylko pogratulować takiego talentu. Ich historia jest tak cudowna, i moje serce skacze koziołki na myśl, że znowu jest szansa, że będą razem, w trójkę. To tyle, kocham Cię!

    OdpowiedzUsuń
  4. Rycze :((
    Czekam na nastepny <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Nawet nie wiesz jak się cieszę że jednak wrocilas i postanowilas to skończyć :) jestem Ci naprawdę za to wdzięczna gdyż jest to mój pierwsze i oczywiście ulubione opowiadanie, jestem pewna że będę wracać do tego bloga bardzo często mam do niego sentyment :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To jest niesamowite! Pisz dalej kochana. Nie umidm się doczekać kolejnego rozdziału. Weny życzę. SUPER!

    OdpowiedzUsuń
  7. Najlepsze opowiadanie ever

    OdpowiedzUsuń
  8. Boski, tak przypuszczalam, że coś się stanie jej rodzicom na tym wyjeździe :o

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak zawsze sztos. Troche bałam się co zrobią jej rodzice jak dowiedzą sie o niej i Justinie ale już nie ma takiego problemu :/. Cudownie piszesz. <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłać. Opłacało się tyle czekać. Rozdział choć smutny to napisany wspaniale <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Trafiłam na opowiadanie okół trzech dni temu i od tamtego czasu cały czas czytam. Zakochałam się w tym opowiadaniu. Mam nadzieję, że będzie happy end, bo innego zakończenia nie przeżyje. Życzę dużo weny i czekam na nexta. :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Dobrze, ze trafiłaś teraz. Ja czytałam to jak nie było jeszcze specjalnych rozdziałów i myslałam, że mi serce pęknie :O

    OdpowiedzUsuń
  13. Smutny rozdział :C Mam nadzirję, że Chanel się jakoś pozbiera..
    Justin wpadł na pomysł? Tylko jaki? Jak to przeczytałam to momentalnie wpadły mi do głowy zaręczyny, idk dlaczego. Dowiem się w kolejnym!
    Czekam na następny rozdział :) A przy okazji chciałam Cię poinformować że kolejny raz przeczytałam to całe opowidanie i po prostu AWWBFDHVSSHJ 💕💕💕
    Pozdrawiam xoxo

    OdpowiedzUsuń
  14. ten rozdzial jest taki wzruszający ;'c
    Biedna Chanel, nie zasluguje na to wszytsko co ją spotyka ;/
    Mam nadzieje ze Justin tym razem nie spieprzy sprawy
    Świetnu rozdział pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  15. Kocham tak bardzo ta książkę ze to nie jest do opisania. Przez cały rozdział płakałam, błagam nie przestawaj pisać.

    OdpowiedzUsuń
  16. Rozdział strasznie wzruszający.
    Znalazłam to opowiadanie wczoraj przez przypadek i się normalnie w nim zakochałam. Oby skończyło się szczęśliwie bo ja chyba tego nie przeżyje.
    Nie mogę doczekać się kolejnego :)

    OdpowiedzUsuń
  17. świetny! cieszę się że wróciłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jezu rozdział jak zwykle genialny �� Mega się cieszę, że wróciłaś bo kocham tego bloga i właśnie skończyłam go czytać czwarty raz XDD Kiedy będzie następny rozdział? ��

    OdpowiedzUsuń
  19. 'Max 3 tyg' juz minęlo a rozdzialu dalej nie ma...

    OdpowiedzUsuń
  20. Prawie miesiąc i nic, mam nadzieje chociaz, ze kolejne rozdzialy beda max co tydzien

    OdpowiedzUsuń
  21. Cholernie bardzo nie mogę się doczekać następnego.

    OdpowiedzUsuń
  22. Tak bardzo się cieszę że wróciłaś! Kocham to ff, czytałam kd początku i nie mogę się doczekać kiedy będzie kolejny rozdział. Kocham bardzo :*

    OdpowiedzUsuń